Dochodziła północ. Siedziałam pod kołdrą na swoim łóżku z niewielkim
zeszytem na kolanach, gryząc końcówkę ołówka, a w drugiej ręce ściskałam
latarkę ojca. Mama zawsze mówiła że każda "normalna" dziewczyna pisze
pamiętnik.
-Nie. Zdecydowanie.-Powiedziałam stanowczo i napisała kolejne zdanie i natychmiast je skreśliłam:
-Nie, Nie, Nie, Nie!
-BU!-Tata wyskoczył do naszego pokoju.-Przestraszyłaś się?
-Co się... dzieje...?-Albert obudził się i usiadł na swoim łóżku.-Ja nie chcę... stepować...
-Co?!-Popatrzyłam zdumiona na starszego brata który nagle zrozumiał co powiedział.
-Ja... Nic, nic!-Walną twarzą w poduszkę i znów zaczął chrapać.
"Głupek..."-pomyślałam i przewróciłam teatralnie oczami po czym
zerknęłam na Tatę który obserwował nas z lekkim zdziwieniem.
-Cóż to? Jeszcze nie śpisz?-Zapytał, podszedł do okna i uchylił je lekko.
-Pisałam pamiętnik...chyba.-Odpowiedziałam niepewnie.
-Aha...-Uśmiechną się i dodał:-Chyba będziemy mięli pisarkę!
-Przestań, przecież wiesz że nienawidzę pisania!-Oburzyłam się lekko i położyła głowę na puchatej poduszce.
-Zobaczymy, zobaczymy. Może kiedyś to polubisz?-Tata zaśmiał się i
nachylił się do mnie by dać mi buzi na dobranoc, ale odepchnęłam go z
niesmakiem na twarzy.
-Tata! Nie mam już pięciu lat! -Powiedziała z rozbawieniem ale i z
poirytowaniem. Dlaczego dla rodziców zawsze jestem tak maciupka?!
-Jak byłaś mała to zawsze chciałaś być "prościutko" nakryta!-Wspomniał
Ojciec i wchodząc na schody dodał jeszcze:-Miłych snów, Żabo!
Zaśmiałam się cicho. Tata zawsze mnie tak nazywał.
* * *
Ostre światło porannego słońca wdarło się do sypiali i bez skrupułów
walnęło promieniami w nasze twarze niczym ogromna, świetlista pięść.
-Jeszcze 5 minut...-Wybełkotał Chłopak i odwrócił się na drogi bok, a ja naciągnęła na czarne, poplątane włosy, kołdrę. Nagle do pokoju weszła niska, młoda kobieta o kasztanowych włosach i powiedziała łagodnie:
-Jeszcze 5 minut...-Wybełkotał Chłopak i odwrócił się na drogi bok, a ja naciągnęła na czarne, poplątane włosy, kołdrę. Nagle do pokoju weszła niska, młoda kobieta o kasztanowych włosach i powiedziała łagodnie:
-Dzieciaki! Wstawajcie! Już 7 a jedziemy jeszcze do ortodonty.
-Po co?-Zapytał zaspany Al.
-Spóźnicie się do szkoły.-Powiedziała Mama z chytrym uśmiechem.
-CO?!-Krzyknęłam zaskoczona, od razu wstajac do pozycji siedzącej i
razem z bratem zerwaliśmy się z łóżek. Wzięłam w biegu ubrania
przegotowane poprzedniego wieczoru i wpadłam do łazienki zatrzaskując za
sobą drzwi z trzaskiem i jeszcze spostrzegłam że Al z pośpiechu pomylił
sweter ze spodniami i usiłował go wcisnąć na nogi! Ale nic z tego bo
między nogami była wielka dziura.
Pośpiesznie wzięłam prysznic i już ubrana wypadłam z łazienki gdy nagle przypomniałam sobie!
-Mamooo... Przecież są wakacje...!-Jęknęłam i opadłam na łóżko z
ręcznikiem na głowie, a Al zrobił oburzoną minę i z niechęcią dokończył
się ubierać.
-Jak mogłaś nas tak nabrać?-Zapytał zrezygnowany, kobiety która podawał się za ich matkę.
-Mogłam ponieważ dziś musimy
wyjechać o 8. Jedziemy do Ortodonty żeby załatwić Roksanie aparat na
zęby, a później na kawę do cioci Ady.-Oznajmiła matka po czym wyszła
triumfalnym krokiem z pokoju. -Choć siostra... Idziemy...-Powiedział smętnie brat i założył swój czarny, wysłużony plecak i powlókł się do schodów mamrocząc coś z czego zrozumiałam tylko: Po co, nigdy, dłużej i ta cała.
Zdjęłam ręcznik z głowy i poszłam za bratem na śniadanie.
Zeszliśmy po schodach gdy nagle dobiegły nas głosy rodziców z kuchni:
-Mówię ci ze nie możemy ich zostawić samych! Co oni bez nas zrobią?!-Lekko zrozpaczony ale groźny głos mamy.
-Kochanie! Będą tam z Adą i Zygmuntem! Dadzą sobie radę!-Przekonywał tata.
-Oni za dużo im pozwalają! Ty z resztą też! Jeśli Zabiorą ich w te góry to Roksana jak zwykle będzie łazić po jakichś "skrótach", a Albert na pewno będzie skakał po drzewach! A jeśli spadną i coś sobie zrobią?
-Kochanie! Na prawdę nie ma czym się martwić! Zygmund ich dopilnuje.
Podeszliśmy do drzwi.
-Ja bym wolała zostać.-Oznajmiłam głośno i weszłam do kuchni. Rodzice nagle przestali się kłócić.
-Roksana... Już jesteście! Zróbcie sobie płatki z mlekiem, albo kanapki.-Mama zaśmiała się sztucznie i zwróciła się do taty:
-Edmund... Musimy porozmawiać.
Pociągnęła tatę z ramię i wyszła do salonu. Słyszeliśmy tylko jakieś niezrozumiałe słowa
-Ja mychlisz? o chym chozmachają?-Zapytała mnie Albert z buzią pełną czekoladowych kulek.Podeszliśmy do drzwi.
-Ja bym wolała zostać.-Oznajmiłam głośno i weszłam do kuchni. Rodzice nagle przestali się kłócić.
-Roksana... Już jesteście! Zróbcie sobie płatki z mlekiem, albo kanapki.-Mama zaśmiała się sztucznie i zwróciła się do taty:
-Edmund... Musimy porozmawiać.
Pociągnęła tatę z ramię i wyszła do salonu. Słyszeliśmy tylko jakieś niezrozumiałe słowa
-Po pierwsze nie jedz z pełną buzią, po drugie nawet gdybym wie...-Nie zdążyłam dokończyć zdania ponieważ przerwały mi 3 strzały z pistoletu.
-Boże! co to jest?!-Przestraszyłam się nie a żarty i znów strzały. Zamarłam, a Al parskną śmiechem tak że opryskał resztkami kulek i mleka cały stół a przy okazji i mnie no i się zakrztusił.
-Co... Czemu się tak chichrasz?-Zapytałam poirytowana, a bart wyciągną z kieszeni telefon i gdy przestał parskać jak kot któremu utkwił kłaczek w krtani, powiedział:
-To mój telefon. Pikuś przysłał mi go wczoraj.
Odebrał telefon.
-Siema... Aha... Aha... Aha... Nie, wcale, coś ty!...Po co?... Serio?...Dobra... Ale... Dobra, dobra, masz...-Al, niespodziewanie podał mi telefon mówiąc:-Kamyk do ciebie.
-Kto?-Zapytałam zdumiona.-Kamyk?!
-Jezu! Patryk z mojej klasy. Ten taki blondyn z potarganymi włosami, ten wysoki.-Wytłumaczył, przewracając oczami. Wzięłam komórkę brata i odezwałam się niepewnie.
-Eee... Halo?
-Siema, Żaba! Wiem ze jedziecie do Jeleniej Góry i zgadnij co!-Krzykną Patryk z takim entuzjazmem że aż oddaliłam nieco słuchawkę od ucha.
-Co?-Zapytałam.-Pewnie jedziesz w to samo miejsce co my, tak?
-Skąd... ty? A nie ważne! Ale Mama mówiła że jedziemy jutro i od Pani Ali się dowiedziała że jak przyjadę to idziemy w góry na śnieżkę, w środę do szklarskiej i na zakupy, w czwartek na Perłowy szlak czy jakoś tak. A na weekend do Tropical Island!
-Wow...-Skomentowałam wypowiedź Chłopaka.-Ale co to ma wspólnego ze mną...?
-No bo widzisz, na końcu perłowego szlaku jest taki stary most linowy i mówią że tam jest taka tajemnicza ścieżka i chciałem się spytać czy nie pójdziesz tam ze mną... i Za Alem.
-No... Dobra. A wiesz co tam będzie?
-No nie. Nikt tego nie wie bo jak ktoś tam wlazł to nie wrócił, ale przynajmniej będzie ubaw.
-Eh... Dobra pójdę...-Odpowiedziałam zrezygnowana i oddałam telefon bratu.
____________________
No i to by było na pierwszy rozdział. wielką jakąś pisarką nie jestem i jest tu na pewno masa błędów i w ogóle. Dopiero zaczynam pisać, ale jestem otwarta na krytykę.
P.S. Może niedługo dodam jakieś ilustracje?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz